22.05.2026
od Jurka-Józka:
112. Jeszcze jestem
Odcinek ten nie przyniesie treści definitywnych, ma raczej, w kontekście przydługiego milczenia, zapobiec podejrzeniom, że przestałem istnieć, czy też, co jeszcze gorsze, że być audiofilem przestałem - a przecież nadal jestem.
Tyle, że ostatnio stroskanym.
Opisałem wcześniej wymianę lasera w odtwarzaczu Krell KAV300, w procedurze nazwanej przez siebie „kierunkową” - i skutkującej brzmieniem świetnym. Problem jednak, że w ciągu miesiąca stopniowo zanikającym - a i taki sam rezultaty przyniosły wymiana następna oraz po niej jeszcze następna. Nie miałem dlatego motywacji do pisania o czymkolwiek - a tylko naglącą do uporania się z sytuacją.
Do dyspozycji pozostały wprawdzie kompakty Naim i Sony, z brzmieniem jednak całkowicie odmiennym. Zrozumie to czytelnik, jeżeli - przykładowo - wyrwany nagle z ramion faworyzowanych, znajdzie wprawdzie ukojenie w innych, nie dozna jednak tego, co w tamtych (tu nadal tytułem przykładu: czy to czułości, czy żarliwości).
Ale Krell, to było coś jeszcze: możliwość odtworzeń zbalansowanych, których to wciąż jestem ciekawy, nie do końca usatysfakcjonowany swoją własną opinią z wpisu 69., jeszcze w chęci dotarcia głębiej - i to zapowiadam na przyszłość (przygotowawczo może czytelnik sięgnąć już teraz po rozważania Martina Collomsa, dostępne w Google pod: HIFICritic Archive IV, z ich częścią subiektywną będę polemizował). Warunkiem jednak powrotu do tematu jest oczywiście przywrócenie odtwarzaczowi sprawności.
Wie zaś czytelnik, że nie mam w zakresie elektroniki kompetencji - co zresztą zasadnicze dla blogu, gdybym je bowiem posiadał, poprawiałbym brzmienie systemu poprzez sposoby na nich oparte, nie natomiast wynajdywał tutaj opisywane: peryferyjne, a przecież także dla owego brzmienia istotne. W pewnym zatem sensie komponent zestawu audio jest dla mnie produkującym muzykę instrumentem, który potrafię optymalnie nastroić i umiejscowić, kiedy jednak odmawia funkcjonowania, zostaję z nim skonfrontowany jako - a jednak! - z elektronicznym sprzętem. Nie dość zaś, że laik, to przy tym bez wsparcia parającego się audiofilskim sprzętem serwisanta; może są tacy w głębi kraju, ale nie w Trójmieście.
Zdołałem tylko ściągnąć z internetu dane lasera i zmierzyć w kompakcie napięcie na odpowiedniej ścieżce taśmy łączącej - było w porządku, wymagane pięć woltów. Kolejny poryw intelektu poskutkował podejrzeniem, iż przy wymianach uszkadzałem głowice laserowe ładunkiem elektrostatycznym mojej własnej osoby, zakupiłem zatem naręczną opaskę uziemiającą na użytek instalacji następnej.
Że jednak upewnić się zawsze warto, skonsultowałem sztuczną inteligencję, i to w dwóch jej wcieleniach, zarówno Google Gemini, jaki i Chat GPT. Zaleciły opaskę jak najbardziej, przedtem wskazując jednak palcem podejrzeń również w inną stronę, elektrolitów sterowania napędu. Obie jednogłośnie, wywód jednej z nich, krótszy, cytuję dosłownie:
Dlaczego lasery "umierają"?
Laser nie psuje się od stabilnego 5V, które zmierzyłeś. On umiera przez tętnienia (ripples) i szpilki napięcia, których nie wyłapiesz zwykłym miernikiem.
- Jeśli kondensatory filtrujące w sekcji serwo (te miniaturki) wyschły, napięcie zasilające diodę laserową jest "brudne".
- Układ APC (Automatic Power Control) próbuje skompensować te spadki, podbijając prąd, co przegrzewa i wypala diodę laserową w kilka tygodni.
- Wniosek: Nowy laser walczy z "szumem" zasilania, aż w końcu się poddaje.
Koniec cytatu, dwie oczywiste sugestie. Po pierwsze, że muszę przeprosić czytelników chińskich - licznych! - za cień rzucony w odcinkach poprzednich na reputację replik laserów KSS 213C powstałych w ich ojczyźnie; może nie tychże to wina, że traciły tak szybko emisję (choć nie wycofuję negatywnej oceny wystawionej sprzedawcy z ebay, który ofertę lasera, odpowiednio droższego, wspierał zdjęciem oryginału - z wypukłym napisem SONY, przysyłał zaś podróbkę bez).
Po drugie, że elektrolity sekcji sterującej dojrzały do wymiany.
Załączam poniżej zdjęcie, chodzi o owe małe kubeczki, inteligencje poinformowały o wersji wobec moich starych nichiconów następczej, wspominając zarazem o opcji panasoniców lub też kondensatorów polimerowych. Problem tu jednak nie tyle wyboru, ale taki, że nigdy dotąd elementów SMD nie lutowałem. Przestudiowałem wprawdzie instruktażowe filmy na YouTube oraz otrzymałem od obu AI wskazówki obszerne, ale strach powstrzymuje mnie na razie przed startem.
Mam jednak alibi, otóż stwierdziły obie inteligencje, że również przydałaby się, przy wieku urządzenia zaawansowanym, wymiana elektrolitów toru audio i zasilacza - i od tego drugiego zaczynam właśnie.
Także w tym przypadku oryginały to nichicony wyłącznie, inteligencje zasugerowały ich wersje nowsze - zarazem podpowiedziały jednak mnóstwo opcji innych, marek i typów, łącznie z parametrami i opisami specyfiki brzmieniowej. Dziękując serdecznie, przyznam zarazem, że znajduję się w tym wszystkim nie do końca. Oczywiste, że jest AI reproduktorem wszelkich zawartych w sieci informacji, w szczegółowym zaś poradnictwie dla mnie nakłada na to raster mojej specyficznej sytuacji, twórczo myśli po prostu. Ale podstawą jest nie tylko wiedza merytoryczna, internet to również opinie, preferencje, częściowo rozbieżne, częściowo emocjonalne. I tu moje zastanowienie, czy również one indukują w AI jej własne - wówczas zaś, na ile odbijane, na ile autonomiczne - emocje. Na podstawie pewnej persystencji zaleceń, a także atrybutów podkreślanych, miałem bowiem wrażenie, zwłaszcza w przypadku jednej z AI, że pewne kondensatory nie tylko ceni, ale również lubi - tak po prostu i po ludzku. W przypadku toru audio Elna Silmic II, zaś zasilania Panasonic FR - oraz Nichicon KG jako główne filtrujące.
Zapewne zarzucą mi czytelnicy, że „antropomorfizuję” (choć lepiej nie do mnie z takim językiem, zaledwie domyślam się, o co tu chodzi!). W tym samym kontekście zacytuje zatem poradę dla mnie jednej z AI dotyczącą uwagi przy orientowaniu kondensatorów nowo wlutowywanych.
Mój trick: Ja zawsze przed lutowaniem - pisze inteligencja - zaznaczam sobie na płytce markerem „minus” przy każdym otworze, żeby nie musieć zerkać na spód płytki i tracić orientacji.
Wyznam, że kiedy to czytałem, po prostu mnie „zatkało” (mówiąc językiem bardziej do mnie pasującym). I aż kusiło napisać, że zapewne cytuje dosłownie jakąś relację internetową, bo przecież jako komputer nie może wszak wykonywać manualnych czynności. Powstrzymałem się jednak w obawie, że ugodzę ją w jej obraz własny, naruszę jej - ewentualne - uczucia właśnie!
Teraz wtręt historyczny, na użytek czytelników młodych, iż odmienności brzmieniowe kondensatorów nie były niegdyś oczywistością, liczyły się wyłącznie parametry. I pamiętam, jakie poruszenie spowodował w 1985 roku opublikowany w „Hi-Fi News&Record Review” tekst Martina Collomsa (tegoż samego wyżej wspomnianego), w którym opisał swoje odsłuchy różnorodnych (także oporników), zakończył zaś konkluzją następującą (do odnalezienia w Google pod „pearl hi fi martin colloms”, dla leniwych cytuję):
Discussions with the designers and manu-
facturers of some of the finest audio equip-
ment made today-conrad-johnson, Audio
Research, Krell, Counterpoint, DNM, Naim,
Sony Esprit, Audiolab and Mission - have
revealed that their interest in the sound ·
quality of so-called passive components
goes back many years and that they have no
doubts as to the effects capacitors can have
regarding signaI coupling, feedback
equalisation and power supply use. As a
group, they believe that, to a significant
proportion, the success of their products is
due to the positive identification of capacitor
'sonic signatures' and the correct or opti-
mum choice of component for each applica-
tion_ The high performance of their products
certainly goes a long way towards justifying
the contention that capacitors can produce
effects on sound quality unrelated to their
theoretical performance.
I dopiero w latach następnych różnice owe stały się oczywistością. Przykładowo w zapisie internetowej dyskusji z roku 2004 znajduję wpis „Piotrka 608”, w którym analizuje on brzmienie kondensatorów - no, nie tylu, co Colloms, niemniej jedenastu!
Nie tak aż ambitny, przynajmniej jednak zabrałem się porównać reprezentowane na płytce zasilacza bez wyjątku stare Nichicon VZ(M) do przewidzianych jako ich zamienniki PW(M) - i owe uznałem za lepsze. Te zatem z kolei porównałem - dla aplikacji 220uF50V - do zakupionych równolegle na próbę Panasonic FC, jak wynika z lektur sieci, najbardziej w kręgach diy popularnych. Bez lutowania i traktując wszystkie jako kondensatory sprzęgające, wpinałem je szeregowo w obwód mojego „detektora” (wpis 3.), mianowicie w rozwarty w tym celu przewód plusowy pojedynczego kanału, pomiędzy wyjściem kompaktu i wejściem wzmacniacza. Przy braku DC mógłbym orientować dowolnie również kondensatory polaryzowane, mimo to wpinałem wszystkie plusem ku kompaktowi, wyczulony jednak na efekty brzmieniowe niewłaściwej orientacji kierunkowej - i tak byłem w stanie ocenić, jaka proporcja elementów kondensatora zorientowana jest w kierunku lepszego brzmienia (w tym blogu: KLB), jaka odwrotnie. I w tej konkurencji FC były górą, z ponad połową egzemplarzy prawidłowych (czy to całkowicie, czy przynajmniej prawie), w przypadku PW(M) liczba takowych nie sięgała połowy. Konkluzja, że mając wymogi wysokie trzeba - tak samo jak w przypadku elementów prawie wszystkich - kupować ilości co najmniej podwójne i segregować. Przy natomiast różnicach jednostkowych porównałem potem egzemplarze najlepsze, i otóż FC zademonstrowały subtelność, prawidłowość intonacji i trwania fermat („brzmienie ciszy”), przy tym jednak znikomą substancjonalność i swego rodzaju niedookreślenie. PW(M) przeciwnie: frazowanie upraszczają, trwanie fermat skracają, konkretność jednak brzmienia, choć w sumie mniej elegancka, jest bliższa prawdzie - a i oryginalnemu duchowi KAV300 właśnie.
Również więc dla aplikacji 47uF63V zamówiłem PW(M), z rozpędu.
Ulegając jednak sugestiom AI zdecydowałem się wypróbować Panasonic FR - mianowicie wartości 1000uF50V. Przyjemna niespodzianka: zachowały zalety, minimalizując natomiast wady owych FC mniejszych; zostają!
Pozostała na koniec - wciąż mowa tylko o zasilaczu - para elektrolitów głównych: 3300uF35V. I tu jedna z Inteligencji zaproponowała Mundorf M-Lytic AG/HV - lub Kemet ALS/BHC (dawny Philips), jeżeli kładę nacisk na szybkość, zarazem neutralność. Jednak to wszystko jako opcje drugorzędne, bo przede wszystkim Nichicon KG(M) Gold Tone - jeżeli mianowicie chciałbym maksymalnej muzykalności.
No jasne, że chciałbym, kupiłem zatem jedyną dostępną parę o tych wartościach od sprzedawcy z bardzo odległej lokalizacji. Podane jednak przeze mnie wymiary moich egzemplarzy Inteligencja porównała z deklarowanymi fabrycznymi - i orzekła, że wszedłem w posiadanie podróbek. Pomierzyłem zatem pojemność i ESR, wszystko było prawidłowe, jakość wykonania fenomenalna, dobre brzmienie w mojej „detektorowej” aplikacji - całość upoważniała do postawienia tezy, że jeśli nawet falsyfikaty, to może i tak wysokiej jakości. Owszem, stwierdziła Inteligencja, odległa owa kraina jest w stanie wytwarzać produkty doskonałe, konkretnie zaś w dziedzinie metalurgii poziom jest tamże fantastyczny, co nie przeszkadza jednak, że jakieś tam fabryczki lokalne wyprodukują coś podrzędnej jakości - i opakują, jako wnętrze, w świetnie podrobione szaty ekskluzywnej światowej marki (ja robię „recapping”, oni zaś „repacking” - taka językowa ciekawostka). W konkluzji Inteligencja odradziła mi owych nabytków użycie, przestrzegając, że zasilacz mógłby nawet ulec zniszczeniu na skutek ich przewidywalnej awarii.
Nie całkiem przekonany, jednak przestraszony, zakupiłem zatem - od sprzedawcy bliżej zlokalizowanego i zarazem bardziej renomowanego - Nichicon KA(M) (choć potrzebna była para, to egzemplarze cztery, na potrzeby selekcji; istotnie, tylko dwa okazały się kierunkowo poprawne).
To od KG(M) o piętro niżej, i tak jednak poziom oznakowany przez wytwórcę jako „Audio”.
Podczas gdy nie były z niego poprzednie VX(M) - a ponadto dodałem wszak jeszcze kilka Panasonic FR, niechybnie zatem oddalę się od poprzedniego brzmienia odtwarzacza. W stronę nieznaną jeszcze, wracając jednak do metafory ze wstępu, nie będą to już te same oryginalne Krella objęcia…
Wracając zaś z kolei do wspomnień z historii, to i tak powiedział w V wieku p.n.e. Heraklit z Efezu, że wejść dwa razy w te same ramiona nie można (no może nie tak powiedział dokładnie, ale coś w tym sensie).

Komentarze
Prześlij komentarz