30.12.2025
od: Jurka-Józka
111. Policzmy
Dzwonek od bramy, „będziemy wymieniali liczniki na klatce schodowej”.
Dodatkowo powiedział monter, że to najnowsza generacja, techniczna doskonałość, ale nie ucieszyłem się wcale. Moje złe przeczucie sprawdziło się wkrótce, włączony system audio zademonstrował brzmienie tak kierunkowo okropne, że żyć się z tym nie dało.
I tylko pozostawienie przez montera skrzynki licznikowej otwartą od samobójstwa mnie uratowało. Sięgając zatem po styl biblijny, w okresie świątecznym stosowny: zaprawdę, błogosławieni, którzy zło wprawdzie czyniąc, pozostawiają jednak szansę naprawy!
Jak wiadomo, istotna jest kierunkowość wszystkich elementów sieci elektrycznej - jako mianowicie wektorów składających się na decydującą o brzmieniu systemu wypadkową. Substytucja jakiegokolwiek powoduje zmianę całościową: czy to na lepsze, czy na gorsze - i to ostatnie w przypadku rzeczonego licznika. Przywrócenie zatem jakości poprzedniej wymaga kompensujących podmian - lub korekt orientacji - jakichś elementów sieciowych innych. Bezpośrednio zaś ponad moim klatkowym licznikiem usytuowane są trzy (jako że instalacja trójfazowa) bezpieczniki topikowe - i był to dla mnie obiekt poczynań najsposobniejszy.
Zarazem dla czytelników naśladowcza opcja - jeśli którykolwiek znalazłby się w podobnej sytuacji. Po pierwsze, braku zadowolenia brzmieniem w rezultacie licznikowej wymiany (czy też niezadowolenia w ogóle, mówiąc zaś szczerze, kiedy to jesteśmy usatysfakcjonowani do końca?!). Po drugie, dostępu do skrzynki wnętrza. Po trzecie, obecności w niej bezpieczników topikowych - czyli tego samego co moje rodzaju.
Oczywiście, sposobów wpływu na brzmienie jest więcej, można wymieniać komponenty systemu, czy też reorientować ich składowe elementy, można selekcjonować - przykładowo - żarówki czy też bezpieczniki wewnątrz-mieszkaniowe. Konkretnie o tym ostatnim wpis 52, cały zaś blog jest pełen porad innych tego rodzaju, traktujmy zatem poczynania niniejsze jako po prostu jedną więcej tuningową opcję.
Wykręcając kolejne spośród trzech bezpieczników, ustalamy, do której fazy podłączony jest nasz system audio - i pierwotnie koncentrujemy się tylko na niej. Mianowicie tylko do niej, i przy oryginalnie jej przypisanej obsadce, podłączamy, substytuując kolejno, trzy bezpieczniki - ustalamy, przy którym system brzmi najlepiej. Potem do wyselekcjonowanego dobieramy, też kolejno wkręcając, najlepiej brzmiącą spośród trzech obsadek - i owo optymalne duo pozostanie już w tej lokalizacji. Przyporządkowując następnie alternatywnie dwie pozostałe obsadki - na razie bez bezpieczników - ustalamy, nadal odsłuchując system, lepsze ich dopasowanie do dwóch faz „nie audio”. Na koniec rozdzielamy pomiędzy nimi - też odsłuchowo - dwa bezpieczniki pozostałe.
I to byłoby na tyle.
Byłoby, jeżeli pozostałe mimo wszystko niedoskonałości: tonów, interwałów, temp, fermat i frazowania, tego zatem wszystkiego, przez co muzyka podlega prawom i regułom precyzyjnym wręcz jak matematyczne, a w domyśle immanentne w uniwersum, jeżeli zatem - powtórzmy - owe niedoskonałości, szczątkowo pozostałe, uznajemy za akceptowalne i nieprzeszkadzające, aby system nasz grał nam na okrągło przez dzień cały.
Może jednak ktoś chce więcej: takiej perfekcji wymienionych aspektów, przy której zbliży się - powiedzmy górnolotnie - do odczucia absolutu, i poprzez chwilowy choćby odsłuch zresetuje stan swojego doń dostrojenia (tak jak podobno niektórzy poprzez modlitwę czy medytację, czy ponoć - bo nie wiem, nie znam się na tym - przeżycie miłosne). Wówczas zaś „to” by jeszcze „na tyle” nie było, bo więcej pracy, a i nieco nakładów pieniężnych, będą konieczne.
Wybierać będziemy nie spośród bezpieczników trzech, ale również dokupionych kilku - uwaga: o tym samym amperażu i identycznych kształtach. Oraz kilku oprawek, też tych samych stosownych rozmiarów.
Ale i to nie wszystko. Spójrzcie na konstrukcję bezpiecznika. Od dołu wprawdzie koniec topikowego drucika zamocowany centrycznie - od góry wszakże u jednego z boków nasadki, jasne zatem, że nie jest bezpiecznikowi obojętne, w jakiej to obrotowej pozycji będzie w oprawce zanurzony. A i nam nie jest, bowiem od tego zależnie zabrzmi nasz system każdorazowo odmiennie. Nie na tyle, żeby uległa unicestwieniu hierarchia ustalona orientacyjnie przy porównaniu egzemplarzy zorientowanych przypadkowo, na tyle jednak, że warto znaleźć pozycje obrotowe optymalne dla wszystkich trzech bezpieczników wybranych jako najlepsze. W każdego z nich zatem przypadku nanosimy znaczek na wystającej poza obsadkę porcelanowej szyjce - czy to lakierem, czy pisakiem - i odsłuchujemy wszelkie jego orientacje. To tak, jakby wskazówka zegara wskazywała godziny, a potem, w strefach coraz to lepszego brzmienia, minuty, na koniec wręcz sekundy na wyimaginowanej tarczy.
I to byłoby na tyle, teraz już istotnie?
Nie w moim przypadku. Poprzez niedopatrzenie montera, który zamontował mój licznik tylko na dwie śruby dolne, natomiast o nakrętce trzeciej zapomniał. Na szczęście górnej, przez co pozostawił dla mnie łatwy dostęp. I najpierw chciałem użyć egzemplarza z moich zasobów jakiegokolwiek, okazało się jednak, że system reaguje brzmieniowo na licznikowej nakrętki materiał, a także jej przednio-tylną orientację (zatem oczywiste, że wybrałem lepszą, co do zaś substancji, stal okazała się optymalna).
Zaintrygowany, podjąłem eksperymenty dalsze.
W zasobach mam próbki sklejki liściastej. Umieszczając je niegdyś eksperymentalnie pomiędzy głośnikami, porównywałem wpływ na brzmienie systemu. Zależał od deszczułek grubość, a także ich orientacji - optymalną oznaczałem kropką lakieru od ich w stosunku do mnie frontu. Odmienności brzmieniowego oddziaływania tłumaczyłem różnicami właściwości tłumiących i rozpraszających. Teraz jednak identyczny wpływ na brzmienie systemu odnotowałem przy próbkach układanych kolejno na korpusie licznika. Podkreślmy: oddalonego o kilka metrów i oddzielonego ścianami od systemu i pomieszczenia odsłuchowego. Połączonego jednak kablami, oczywistym jest zatem wpływ deszczułek na status prądu mój system zasilającego.
Brakuje mi jednak rozumienia przyczyn takich samych w obu lokalizacjach brzmieniowych wpływów próbek rozmaitych grubości, a w konsekwencji również zbieżności moich preferencji. Jeszcze zaś bardziej identyczności optymalnej przestrzennej orientacji - również w usytuowaniu na liczniku znalazły się wcześniejsze oznakowania frontem do mnie.
Zapewne jednak przyzwyczaili się czytelnicy, że blog specjalizuje się nie tyle w udzielaniu odpowiedzi, co raczej stawianiu pytań. Też - jak we wpisie 67 - pytań o uniwersalne odpowiedzi. Także i tutaj przykład, że oddziaływania w - policzmy! - trzech domenach: mechanicznej, akustycznej i elektrycznej, mają te same uniwersalne następstwa.
Na koniec ostatnia z eksperymentalnych deszczułek została z korpusu licznika usunięte, ja zaś, już o nim zapomniawszy, usytuowany na odsłuchowej kanapie i wobec absolutu w bliskości, konsumuję porcję muzyki: perfekcyjnie skomponowanej, perfekcyjnie wykonanej i perfekcyjnie nagranej*.
——————————————————————————————————————————————————————————
*Richard Strauss, Im Abendrot, Vier letzte Lieder, Jessie Norman, Gewandhausorchester Leipzig, Kurt Masur, Decca
Komentarze
Prześlij komentarz